Sztuka konstruktywnego myślenia

uśmiech

Nie da się ukryć, że każdy z nas myśli inaczej. Czasami drogi, którymi podąża nas strumień świadomości jest tak odmienny, że aż trudno uwierzyć, że patrzymy na dwie osoby w podobnej sytuacji życiowej. One widzą swoje sytuacji inaczej, chociaż nam z boku wydaje się, że mają podobnie. Moim zdaniem wiele prawdy jest w stwierdzeniu, że nie ma jednego świata. Każdy widzi go inaczej, filtruje przez inne wspomnienia, doświadczenia, osobowość. Ten krótki wstęp ma prowadzić na do dyskusji na temat tego, jak sposób myślenia może kształtować przebieg naszej choroby.

Słowa mocne, ale moim zdaniem dające do myślenia i prawdziwe. Do napisania tego tekstu skłoniły mnie dwie wiadomości, które dostałam w ostatnim czasie od dwóch różnych czytelników bloga. Po pierwszej rozpłakałam się z niemocy, po drugiej ze szczęścia ;)  Poniżej pokrótce opis, jak wyglądały obie te wiadomości. Nie przytoczę ich dosłownie, przez wzgląd na autorów. Poniższy tekst to skrót wiadomości, jakie otrzymałam. Który ton jest Wam bliższy?

 

Podejście pierwsze

Pierwsza wiadomość brzmiała mniej więcej tak: jest źle i może być już tylko gorzej, bo ja na nic nie mam wpływu. Nie mam pieniędzy, nie mam dostępu do leczenia, wykorzystałem już wszystkie mi znane drogi, by pomoc medyczną uzyskać. Bez skutku. Jestem załamany, przygnębiony, nie widzę sensu w dalszej walce. Mój stan nie jest zły, mam kilka objawów, które nieco utrudniają codzienne funkcjonowanie, ale nie ma tragedii. Nie ma wózka, nawet kul. Jest za to zmęczenie i przekonanie, że ten względnie dobry stan długo się nie utrzyma. Dałam tej osobie taką radę: poszukaj alternatywnych dróg. Dieta, codzienna praca z ciałem, ćwiczenia. Znajdź swój sposób na zmuszenie do pracy ciała i umysłu. Zrozumiałabym brak odpowiedzi na taką poradę. Czasami jest moment, kiedy nie chcemy słyszeć o kolejnych cudownych sposobach na uleczenie SM i chcemy, żeby Ci wszyscy cudotwórcy pocałowali nad gdzieś. Ale odpowiedź dostałam. Najgorszą, jaką mogłam sobie wyobrazić. „Aha, coś jeszcze?”.

dwei twarze

Podejście drugie

Choruje na SM i staram się szukać pozytywów. Przeszłam chwilę załamania, ale będę walczyć dalej. Ba, chcę podzielić się tym pozytywnym nastawieniem z innymi, którym go brakuje, tymi, którzy rozłożyli już ręce w geście bezradności. Choroba czasami pojawia się w naszym życiu nie bez powodu. Tej osobie odpisałam tak: każdy ma prawo myśleć o chorobie w takich kategoriach, które pomagają mu oswoić się z nią. Ja nie uważam, żeby ona pojawiła się w moim życiu, by w konkretnym kierunku je zmienić. Nie lubię jej i gdybym mogła z nią porozmawiać, powiedziałabym jej najpierw wiele niecenzuralnych słów, a później kazała wynosić się. Wyrzuciłabym jej wszystkie atrybuty przez okno i powiedziała, że to koniec i więcej się nie zobaczymy. Scena jak z dobrego love story ;) Ale skoro taką sytuację mogę pozostawić w sferze marzeń, zrobię wszystko by choroba nie przysłoniła mi życia. Dostrzegam plusy wynikające z mojej obecnej sytuacji i skupię się na nich.

 

Na początku pisania blog dostawałam sporo krytycznych uwag odnośnie mojego super pozytywnego myślenia. Dziś chcę ubiec głosy odbiorców, którzy mają ochotę powiedzieć: Tobie jest łatwiej, są osoby na wózkach, mieszkają w województwach gdzie nie ma dostępu do terapii. Wiem jak to jest być zależnym od innych i nie móc zrobić prawie nic, bo nawet szklanka wody nagle nabiera masy takiej, że nawet postura kulturysty by nie pomogła. Leczenie nie mam, chociaż mieszkam w Warszawie.

Na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale na sposób myślenia na szczęście tak. Ja zidentyfikowałam najbardziej prawdopodobne przyczyny moich poprzednich rzutów: zmęczenie i stres. Staram się więc żyć bezstresowo (niemożliwe) i odpoczywać w sposób, który mojego ciału najbardziej odpowiada (odpoczywam w ruchu). Ciężko pracowałam nad tokiem własnego myślenia, ale dziś mogę przyznać, że bliżej mi do drugiej opcji wiadomości i dobrze mi z tym. Polecam. Nie rozpoczęcie hura optymistycznego myślenia od dziś, ale przyjrzenie się sobie i zastanowienie co czyni mnie nieszczęśliwym i jak mogę to zmienić. Jeżeli nie mogę zmienić, jak się  z tym pogodzić i skupić na pozytywnych stronach.

Wydaje mi się, że taki kurs pozytywnego myślenia przydałby się wielu osobom, nie tylko chorym. Nie macie czasami wrażenie, że Ci, którzy w naszym oczach mają wszystko czego można zapragnąć, są bardziej nieszczęśliwi od tych, którzy mają tak niewiele? Moim zdaniem szczęście rodzi się w nas, dopiero później możemy dzielić się nim z otoczeniem. To nie otoczenie nam je daje. A nawet jeżeli tak, to te otrzymane od innych szczęście musi trafić na podatny grunt, żeby móc się dalej rozwijać i rozkwitać. Inaczej bardzo szybko uschnie, obumrze. To trochę jak z kwiatami. Jak uszkodzisz korzeń, czyli nasze wewnętrzne poczucie szczęścia, radości, to nawet konewka wody nie pomoże, żeby kwiat odżył. Szczęście trzeba pielęgnować w pierwszej kolejności od środka. Jeżeli zadbamy o silne podstawy, zdrowy korzeń, pojawią liście i owoce i roślinka będzie mogła rozkwitać jeszcze piękniej dzięki wsparciu otoczenia.

857-drzewo-korzenie-pod-ziemia

 

Mam nadzieję, że moje przemyślenia chociaż trochę skłonią Was do konstruktywne myślenia o swoich problemach. A może nawet pozytywnego? :)

 

Podziel się z innymi
  •  
  •  
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>