To nie blog o bieganiu czy starcie w maratonie. To blog o tym, jak wiele sami możemy dla siebie zrobić!

IMG_6058-Edit-Edit

Zdecydowałam się na pisanie bloga nie tylko po to, żeby opowiadać o swoim starcie w maratonie czy o miłości do biegania. Zrobiłam to przede wszystkim dlatego, żeby opowiedzieć jak ważna dla osób przewlekle, często nieuleczalnie chorych jest aktywność fizyczna.

Jestem wyjątkowym przykładem osoby chorej na stwardnienie rozsiane – przebiegnięcie 10 kilometrów nie sprawia mi bardzo dużej trudności. Przynajmniej dziś. Większość moich znajomych, których dotknęła ta choroba, nie może sobie pozwolić na taki wysiłek. Chciałabym tylko (albo aż!) pokazać jak bardzo istotna, choć nie zawsze oczywista i prosta, jest aktywność ruchowa. Mi też czasami nie chce się rano wstać, ćwiczyć, rozciągać się, wziąć cholerny zastrzyk, iść do pracy. Po pracy bieganie, nauka (studiuję zaocznie). Nie żyję tak tylko ze względu na to, że mam szczęście i moja choroba się nie rozwija. Chociaż pewnie po części też. To sztuka wyborów i znalezienia w sobie determinacji. Uwielbiam smażone pierogi, ale jem gotowane, które są zdrowsze. Jem śledzie, których nie znoszę, ale mają dużo witaminy D. I czasami szlag mnie trafia na samą myśl, że mam wyjść z ciepłego domku na mróz i biegać. Ale to normalne. Dla każdego człowieka. Zdrowego lub nie. Aby osiągnąć cel, trzeba ponieść pewien wysiłek i konsekwentnie dążyć do celu, po drodze rezygnując z mnóstwa o wiele bardziej przyjemnych rzeczy :)

Chory z SM dodatkowo boryka się z wieloma trudnościami, z których przeciętna osoba nie zdaje sobie sprawy. Chociażby zmęczenie. Wydaje się to takie proste – połóż się, odpocznij. OK, mogę leżeć cały dzień, ale wtedy go zmarnuję. Zmęczenie nie mija. To nie kwestia nadmiernej aktywności fizycznej, ale przebiegu choroby. Ból. Kiedyś lekarz powiedział mi, żebym nie kłamała, że mnie boli. SM nie boli?! Nie wiedziałam czy się śmiać czy płakać. Miałam spastyczność, nadmierne napięcia mięśni. Uwierzcie mi, że to może boleć, nawet bardzo! Problemy z koncentracją, pamięcią… Można by długo jeszcze wymieniać. To są rzeczy, których nie widać, a bardzo utrudniają normalne funkcjonowanie. Nie chcę użalać się nad sobą. Tak jest, nikt tego, póki co, nie potrafi zmienić. Chorzy funkcjonują pomimo wielu trudności. Ja również, ale dziś nie przejmuje się już tym nadmiernie. Pracuję w firmie zajmującej się doradztwem franczyzowym i ostatnio zastanawiałam się długo jak napisać „franchising” kiedy szef stał za plecami. A ja czułam się jak dziecko, które musi nauczyć się nowego słowa. Bo zapomniałam go, tak po prostu.

Nie chce umniejszać cierpienia chorych – jest ono ogromne. W Polsce system opieki zdrowotnej jest fatalny. Jest dramatycznie źle. Chorzy na SM nie mają łatwego dostępu do leków, ten dostęp jest im bezsensownie ograniczany. Trzecie od końca miejsca w Europie pod względem standardów opieki nad chorymi – jak najbardziej zasłużone. Rehabilitacja? Jest kilka dobrych ośrodków. Możesz zapisać się w kolejce na turnus i skorzystać z niego za rok lub dłużej. Super. A co przez ten czas? Przestaniesz chodzić, stracisz wzrok? Chcę pokazać jak wiele człowiek może zrobić dla siebie sam! Jasne. Nie każdy może biegać. Ale możesz iść popływać na basen, możesz wyjść na spacer albo zrobić kilka ćwiczeń z pomocą znajomego, żony, męża, dzieci. Ja nienawidzę basenu, ale chodziłam, bo pomaga. Nie lubię jak ktoś mi w czymkolwiek pomaga, ale pozwalałam, by ktoś inni wykonywał ćwiczenia moimi bezwładnymi kończynami. Bo taka jest droga do celu. Mogę zrezygnować z niej, ale to będzie jednoznaczne z poddaniem się i rezygnacją z samego celu! Ja też uwielbiam jeść słodycze i robię wiele rzeczy, za które lekarz by mnie nie pochwalił. Ale trzeba znaleźć zdrową równowagę. Na niepochwalane rzeczy pozwalam sobie rzadko, ale robię to, bo jestem tylko człowiekiem. Młodym człowiekiem. Zbytni reżim spowodowałby, że byłabym po prostu nieszczęśliwa ;)

Dziś chcę podzielić się tymi przemyśleniami z Wami. Żeby każdy, kto wejdzie na bloga wiedział, po co on został stworzony. Cieszy mnie każda wiadomość, w której piszecie, że moja historia stała się inspiracją do zrobienia czegoś fajnego, konstruktywnego. I gorąco do tego namawiam, żeby zastanowić się czy faktycznie cel nie jest wart wyrzeczeń. Czy koniecznie musicie palić (najgorsze zło dla ludzi z SM). Ja już nie palę! ;) Każdy musi znaleźć swoją drogę do szczęścia i zadowolenia. Chorzy bardzo często zapominają jak wiele prostych przyjemności można czerpać z codziennego życia, nawet jeśli droga przez nie jest naznaczona wieloma trudnościami. Ważne tylko, żeby się nie poddawać, jakkolwiek banalnie to brzmi. Bądźcie bohaterami sami dla siebie. Próbujcie każdego dnia postawić sobie mały cel (pójdę dziś na spacer do parku! zapiszę się na jogę!). I cieszcie się z każdego zrealizowanego planu. Myślę, że nawet jeśli (odpukać!) choroba odezwie się u mnie i nie będę mogła pobiec w maratonie to znajdę jakiś sposób, żeby to marzenie spełnić. Pokonam trasę maratonu na wózku? Jeśli nie w tym roku to za rok, za kilka lat? Dziś nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem tylko tyle, że zawsze znajdę sposób. I napiszę o tym tutaj, żeby pokazać, że moje zadowolenia z życia nie wynika tylko z faktu, że pomimo choroby jestem sprawna fizycznie. Nawet kiedy jeździłam na wózku nie pozwalałam, by dobry humor mnie opuszczał. Pamiętam kiedy kilka lat temu Mama z Siostrą wykradły mnie ze szpitala, w którym leżałam w trakcie rzutu choroby, żebym mogła kupić sobie sukienkę. Która z Was nie lubi poprawić sobie nastroju nową kiecką? ;) Tylko napis na wózku trzeba było zasłonić kocem – z tyłu wielkimi literami było napisane: „Szpital Bródnowski”  :)

O chwilach, kiedy nie było tak kolorowo pewnie też kiedyś odważę się napisać. Ale póki co wszystko z uśmiechem, with a smile ;)

Podziel się z innymi
  •  
  •  
  •  

10 komentarzy “To nie blog o bieganiu czy starcie w maratonie. To blog o tym, jak wiele sami możemy dla siebie zrobić!”

  1. JukkaSarasti pisze:

    Nie biegam, nie biegałam i biegać nie będę. Ale w długości i tempie marszu wciąż jeszcze niewielu mi dorówna. I do 10 kg zakupów piechotą jeden przystanek do domu doniosę. Przywiązane do piersi dziecko też mi w tym nie przeszkadzało. Choć już nie przywiązuję, nadal biorę na ręce, żeby przytulić, a starsze to już 20 kg całkiem żywej wagi. W autobusie wolę siedzieć, bo mogę wówczas poczytać (aktywność umysłowa też ważna rzecz a i o nerwy wzrokowe dbać trzeba) ale kiedy stoję, a trasa za krótka by książkę z torebki wyjąć ćwiczę gimnastykę izometryczną. Jak za długo prasuję czy zmywam naczynia to ćwiczę stanie na palcach i opadanie. Z flaszką muszynianki w ręku zamiast hantla ćwiczę mięśnie rąk. Więc summa summarum nie mam wyrzutów sumienia, że nie biegam. Ale dobrze, że piszesz jak ważna jest rehabilitacja ruchowa na każdym etapie choroby… Dopiero tu trafiłam, więc nie wiem czy o diecie też piszesz. Bo to w końcu ważne w życiu sportowca. I w życiu SMa także. Nie wiem czy nie ważniejsze niż leki, bo aż takich skutków ubocznych nie ma.

    1. withasmile.pl pisze:

      Każdy ma swój sposób na aktywność fizyczną! I to co piszesz, że jest bardzo fajne. W każdym miejscu i czasie można znaleźć sposób, żeby ćwiczyć. Nie trzeba biegać- to jest mój sposób, bo bieganie po prostu lubię. Ale czasami faktycznie prace domowe czy noszenie zakupów to już bardzo ciężki trening ;)

  2. Mała Czarna pisze:

    Super, że nie jestem SaMa :) Od zawsze byłam aktywna, siłownia, boks, aeroby, taniec i bieganie. Kiedy dowiedziałam się, że mam SM nie załamałam się(nie wiedziałam co to za choroba:) ale szybko mnie uświadomili lekarze i kazali zaprzestać żyłować organizm. Pozwolili mi ćwiczyć np. pilates (pomyślałam WTF, przecież to dla starszych kobiet). Kiedy wyszłam ze szpitala nadal miałam połowiczny brak czucia prawej str. ciała i bardzo leciutki, wręcz niewidoczny niedowład ręki i nogi, poruszałam się normalnie, choć troszkę wolniej i czułam osłabienie organizmu. Pomyślałam sobie, że to od dwutygodniowego leniuchowania w szpitalu i trzy dni później znalazłam się na siłowni :D nie poddałam się i po mimo, że lekarze nie pozwalają mi się przemęczać, przegrzewać, to i tak sport pozostał ze mną w związku, pomimo mojej z zdrady z SM :D Kupiłam nowe buty do biegania i powiedziałam do G35 złap mnie jeśli dogonisz :D

    Pozdrawiam serdecznie

    1. withasmile.pl pisze:

      Nie jesteś! Im więcej osób poznaje dzięki blogowi, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Tylko brakuje platformy do wymiany takich doświadczeń i informacji. I oczywiście to, o czym piszesz… nie przemęczaj się, nie przegrzewaj powtarzane przez lekarzy. Czy nie czułaś się dużo lepiej idąc po tych trzech dniach „leniuchowania” na siłownię? :)

      Życzę powodzenia. Oby sm nigdy Cie nie dogoniło! :)

      1. JukkaSarasti pisze:

        To „nie przemęczaj się” jest w sumie dość subiektywne. Ja to traktuję tak: kiedy już nie masz siły – zatrzymaj się. Choć zdarzało mi się, że nie czułam się zmęczona ale już czułam taki ból z tyłu gałki ocznej, który mi przypominał, że miałam jakieśtam zapalenie nerwu wzrokowego. Po dobrze przespanej nocy – znikał. Czyli słuchajmy organizmu zamiast na siłę udowadniać, że nic się nie zmieniło. Ale właśnie – czasem lepiej organizmu niż lekarzy. Z akcentem na „czasem” ;-)

        1. withasmile.pl pisze:

          Słuchać lekarzy trzeba! Nie namawiam do nie robienia tego. Kwestia jest tylko taka, że zamiast słyszeć po raz kolejny „nie przemęczaj się”, chciałabym usłyszeć co w takim razie mogę robić, jak powinnam ćwiczyć, żeby nie zrobić sobie krzywdy. A umiejętność słuchania swojego organizmu to inna sztuka. Nie taka prosta. Ja też staram się nie przesadzać. Kiedy coś zaczyna już boleć, odpuszczam. Z bólem serca, ale to robię ;)

  3. Gość pisze:

    Mileno, dziękuje za taki wpis… Jest niesamowity. „Bądźcie bohaterami sami dla siebie” nawet nie wiesz jakie to jest trudne, ale wydaje mi się że Twoja historia i Twoja determinacja będą wzorem i są wzorem dla innych. Przynajmniej dla mnie jesteś. Dziękuje!

    1. withasmile.pl pisze:

      Masz racje, to nie jest łatwe. Ale warto. Tak jak mówi hasło kampanii o SM- „walcz o siebie” :)
      Trzymam mocno kciuki za wszystkich, którzy pomimo różnych przeciwności starają się robić to, co kochają i nie poddają się. Dla mnie historie innych osób chorujących na SM też są i były ogromną inspiracją.

  4. Grzesiek pisze:

    Dziękuję Mileno, bardzo Ci dziękuje za to, że jesteś. Niech więc Twoja determinacja spłynie na mnie szerokim strumieniem:). To, o czym piszesz jest bardzo dobre i wzmacniające innych, a to co robisz to udowadnia. NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ:-)

    1. withasmile.pl pisze:

      Niech moc będzie z Tobą też! Dziękuję za miłe słowo. Uważam, że to ważne pisać, ile człowiek może dobrego sam dla siebie zrobić. A jak widać dzielenie się pozytywnymi emocjami daje same dobre efekty :) dla mnie takie komentarze jak ten też są mobilizujące!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>